Jest wieczór, zajadamy się bułeczkami, które upiekłam 2h temu. Popijamy wino, tym razem australijskie. Łucja śpi już. Właściwie prawie spadła przy kolacji z krzesła, ale nie dała się zabrać do łóżka zanim nie skończyła swojej porcji focaccio..
Bartek podpisał dziś umowę na 18 miesięcy w Reading International. Cieszymy się!!!:)
Po pierwsze dlatego, że nie jest to praca dla rządu*, po drugie, wiza Bartka przedłuży się do 2lat[nie wiemy czy tyle tu będziemy...], a po trzecie, będzie to z pewnością ciekawsze niż dotychczasowa praca B. No i na dodatek kilka osób z Bartkowej ekipy z Fire Services też przenosi się do tej firmy.
Ja wiem o firmie tylko tyle, że ma sporą sieć kin w USA, Australii, NZ i że przenoszą całą księgowość do Wellington. Szefem tej firmy jest ..Polak, ale póki co B jeszcze go nie spotkał.kto wie, kto wie, kto zgadnie...świat jest mały..
Ja przygotowuję się do zakończenia kariery opiekunki i ruszam na podbój prac tymczasowych. Niestety dopóki nie zarejestruję się w NZ Board of Physiotherapy nie mogę pracować tutaj jako fizjo, nie mogę nawet wziąć udziału w kursie Mulligana..nie wiem co z McKenzim, którego zaczęłam w Polsce, ale podejrzewam, że podobnie, nie dostałam niestety odpowiedzi na maila w tej sprawie..
Chyba najfajniejszą opcją dla mnie byłoby SPA jakieś i masaże, a jak nie to to troszkę smutno..no ale nie załamuję się póki co, na to był czas tydzień temu. Bo był taki dzień, że byliśmy gotowi przełożyć bilety na maj i ruszać do domu..taak, miewamy chwile zwątpienia, ale Ktoś nad nami czuwa:)
cium.
poniedziałek, 28 marca 2011
środa, 23 marca 2011
i jeszcze o niepsodziance
Nieco zaburzam chronologię, ale to nic...
Tydzień przed weekendem chlebowym zrobiliśmy Łucji niespodziankę.Od dłuższego czasu o tym myśleliśmy i często rozmawialiśmy o tym, co zobaczymy w środku i jak to będziemy oglądać. Za każdym razem, kiedy schodziliśmy z górki do miasta ulicą Orangi Kaupapa:)[widać tam ogród botaniczy z góry]Łucja wołała "O! widzisz?tam jest obserwatorium, można oglądać gwiazdy, planety i słonko. Pójdziemy kiedyś nie?jak będziemy mieć kasę.."No i nadszedł ten dzień, byliśmy nie mniej podekscytowani niż Mudzia. Powiedzieliśmy Łucji, że zabieramy ją w fajne miejsce, do którego chciała pójść, ale nie możemy jej powiedzieć co to, bo nie byłaby to już niespodzianka;)No i udało nam się nie wygadać,,naprowadzaliśmy ją tylko pytaniami i jak już byliśmy w ogrodzie to zgadła:)
To było super. Leżeliśmy na fotelach, patrzyliśmy w górę i kiedy zaczął się spektakl spojrzałam na Łucję i w ciemnościach zobaczyłam jej rozdziawioną buzię i usłyszałam "wow"..to było bezcenne, zero udawania!Pierwszy spektakl był o tym, czym zajmuje się wszpółczesna astronomia, kto to jet astronauta, o ostatnich odkryciach. A drugi pokaz był o gwiazdach, które miały się pojawić tamtej nocy. Pani dokładnie objaśniała, która pierwsza zaświeci, jak się nazywa i jak szukać różnych konstelacji.Całość trwała godzinę, więc trochę dużo jak na Małego Kota, który zaczął po nas brykać i zmieniać fotele, ale i tak wszyscy byliśmy bardzo zadowoleni.
Potem obejrzeliśmy jeszcze wystawę, oczywiście interaktywną. Łucja dopadła większość guziczków i sprawdzała, co się stanie po naciśnięciu. Mnie zainteresowały maoryskie legendy na temat powstania świata. Niesamowite jest to, że pomijając imiona, treść tych legend podobna jest do mitologii greckiej i rzymskiej,a różnica w czasie i przestrzeni taka ogromna,,B wypożyczył mi w bibliotece książkę i podczytuję wieczorami "Fairy tales from the Pacific Ocean". Myślę, że sprawię sobie taką, zanim wyjedziemy stąd..
Tydzień przed weekendem chlebowym zrobiliśmy Łucji niespodziankę.Od dłuższego czasu o tym myśleliśmy i często rozmawialiśmy o tym, co zobaczymy w środku i jak to będziemy oglądać. Za każdym razem, kiedy schodziliśmy z górki do miasta ulicą Orangi Kaupapa:)[widać tam ogród botaniczy z góry]Łucja wołała "O! widzisz?tam jest obserwatorium, można oglądać gwiazdy, planety i słonko. Pójdziemy kiedyś nie?jak będziemy mieć kasę.."No i nadszedł ten dzień, byliśmy nie mniej podekscytowani niż Mudzia. Powiedzieliśmy Łucji, że zabieramy ją w fajne miejsce, do którego chciała pójść, ale nie możemy jej powiedzieć co to, bo nie byłaby to już niespodzianka;)No i udało nam się nie wygadać,,naprowadzaliśmy ją tylko pytaniami i jak już byliśmy w ogrodzie to zgadła:)
To było super. Leżeliśmy na fotelach, patrzyliśmy w górę i kiedy zaczął się spektakl spojrzałam na Łucję i w ciemnościach zobaczyłam jej rozdziawioną buzię i usłyszałam "wow"..to było bezcenne, zero udawania!Pierwszy spektakl był o tym, czym zajmuje się wszpółczesna astronomia, kto to jet astronauta, o ostatnich odkryciach. A drugi pokaz był o gwiazdach, które miały się pojawić tamtej nocy. Pani dokładnie objaśniała, która pierwsza zaświeci, jak się nazywa i jak szukać różnych konstelacji.Całość trwała godzinę, więc trochę dużo jak na Małego Kota, który zaczął po nas brykać i zmieniać fotele, ale i tak wszyscy byliśmy bardzo zadowoleni.
Potem obejrzeliśmy jeszcze wystawę, oczywiście interaktywną. Łucja dopadła większość guziczków i sprawdzała, co się stanie po naciśnięciu. Mnie zainteresowały maoryskie legendy na temat powstania świata. Niesamowite jest to, że pomijając imiona, treść tych legend podobna jest do mitologii greckiej i rzymskiej,a różnica w czasie i przestrzeni taka ogromna,,B wypożyczył mi w bibliotece książkę i podczytuję wieczorami "Fairy tales from the Pacific Ocean". Myślę, że sprawię sobie taką, zanim wyjedziemy stąd..
wtorek, 22 marca 2011
przedszkola dzien 1
Tak tak. Wtorek 22.03 to był Łucji pierwszy dzień w przedszkolu. Ale nie musiała zostać tam sama. Poszłyśmy w trójkę z małą Łucją. Było całkiem nieźle.Trafiłyśmy na całkiem duże przedszkole, mają tam spory plac zabaw, dużą piaskownicę pod daszkiem, sporo sprzętów do fikania.Oprócz tego dzieciaki malują, lepią z ciastoliny co zechcą, układają różne puzzle, jest kącik z książkami, rano kto chce może piec z panią ciasteczka. Potem takie szkraby chodzą z talerzami między resztą dzieci i każdego częstują.Na podwórku są też porozkładane maty i kocyki, na których można się bawić, czytać. Generalnie bardzo miło.
Panie są też miłe, czytają dzieciom książki, pilnują ich i trochę się z nimi wygłupiają. Każde dziecko ma swój wieszaczek, kieszonkę na korespondencję z rodzicami, książeczkę, w której zapisywane są historyjki o dziecku i teczkę na rysunki. Kiedy się przychodzi, trzeba podpisać listę obecności i ściągnąć z tablicy karteczkę z imieniem dziecka, jako znak, że już przyszło.
Jest też ogródek, w którym sadzą zioła i inne roślinki i chyba był też taki krzaczek na którym gąsienice robią kokony i dzieci mogą oglądać jak to się zmienia z dnia na dzień, aż potem wychodzi z kokonu wielki motyl, wielkości łapki dziecka. Teraz już tylko widziałam rysunki, ale na szczęście nasz dawny sąsiad przyniósł nam gąsienice ze swojego ogrodu i widzieliśmy jak robią kokon.Przepiękne:)
Generalnie dzieciaki robią to na co mają ochotę, każdy bawi się jak chce, byle kulturalnie i bez kłótni, po równo i takie takie. O 10.3o mają morning tea, czyli każdy wyciąga ze swojego plecaczka czy torby pudełko z jedzeniem. Siadają wtedy wszystkie na podłodze w większej sali i każdy zajada swoje. Panuje wtedy spokój i cisza..Łucja usiadła razem z dziećmi, zabrała swoje pudełko i picie i zajadała krakersy i słonecznik, a ja poszłam na podwórko z Małą Łucją. Wśród ciszy ciamkania Łucja nagle się wychyliła przez drzwi i zawołała "mamo, nie mogę otworzyć tego pudełka". No i zrobiło się jeszcze ciszej, bo nikt jej nie zrozumiał, dopiero po chwili wszyscy się roześmiali.
Mam nadzieję, że Mudzi się tam spodoba, będę z nią chodzić i próbować stopniowo wychodzić na coraz dłuższe spacerki, aż w końcu będzie sama zostawać..no, będzie się działo, zobaczymy tylko w jakim tempie..
Panie są też miłe, czytają dzieciom książki, pilnują ich i trochę się z nimi wygłupiają. Każde dziecko ma swój wieszaczek, kieszonkę na korespondencję z rodzicami, książeczkę, w której zapisywane są historyjki o dziecku i teczkę na rysunki. Kiedy się przychodzi, trzeba podpisać listę obecności i ściągnąć z tablicy karteczkę z imieniem dziecka, jako znak, że już przyszło.
Jest też ogródek, w którym sadzą zioła i inne roślinki i chyba był też taki krzaczek na którym gąsienice robią kokony i dzieci mogą oglądać jak to się zmienia z dnia na dzień, aż potem wychodzi z kokonu wielki motyl, wielkości łapki dziecka. Teraz już tylko widziałam rysunki, ale na szczęście nasz dawny sąsiad przyniósł nam gąsienice ze swojego ogrodu i widzieliśmy jak robią kokon.Przepiękne:)
Generalnie dzieciaki robią to na co mają ochotę, każdy bawi się jak chce, byle kulturalnie i bez kłótni, po równo i takie takie. O 10.3o mają morning tea, czyli każdy wyciąga ze swojego plecaczka czy torby pudełko z jedzeniem. Siadają wtedy wszystkie na podłodze w większej sali i każdy zajada swoje. Panuje wtedy spokój i cisza..Łucja usiadła razem z dziećmi, zabrała swoje pudełko i picie i zajadała krakersy i słonecznik, a ja poszłam na podwórko z Małą Łucją. Wśród ciszy ciamkania Łucja nagle się wychyliła przez drzwi i zawołała "mamo, nie mogę otworzyć tego pudełka". No i zrobiło się jeszcze ciszej, bo nikt jej nie zrozumiał, dopiero po chwili wszyscy się roześmiali.
Mam nadzieję, że Mudzi się tam spodoba, będę z nią chodzić i próbować stopniowo wychodzić na coraz dłuższe spacerki, aż w końcu będzie sama zostawać..no, będzie się działo, zobaczymy tylko w jakim tempie..
niedziela, 20 marca 2011
chlebus..
Już po Festiwalu. Było naprawdę dobrze. Jak na amatorów chyba całkiem nieźle wypadliśmy...
Cały sobotni ranek Bartek z Baśką spędzili na zagniataniu chleba, potem Bartek przywiózł koło 30 chlebków, które rosły sobie na półeczkach. Koło 22zaczęło się pieczenie..Ja poszłam ululać Łucje i przysnęłam. Jak się obudziłam, była 3nad ranem, Bartek siedział przed kompem, żeby nie zasnąć, a w piekarniku dopiekała się ostatnia partia chlebowa. Nad ranem spakowaliśmy się i ruszyliśmy w drogę. Nie muszę chyba dodawać, że samochód pachniał jak piekarnia. Za moimi plecami stała miska ze smalcem.
Podjechaliśmy jeszcze do Tomka, który dostał kilka chlebów do upieczenia, bo wszystkich razem było prawie 60..jak na dwa piekarniki to niezłe zadanie..
Sami nie wiedzieliśmy jak to wyjdzie. Na miejscu rozłożyliśmy się na wykupionym stoliku. Ludzie zaczęli się przyglądać zagadywać i zaczęło się. My zajęci byliśmy "biznesem" a Łucja usiadła na widowni i oglądała tańce w strojach ludowych..teraz to jej nowe marzenie..Potem przyszła po aparat i sama chodziła po wielkiej sali i fotografowała to , co ją zainteresowało. Jeszcze nie przejrzałam tych zdjęć, ale mogą być ciekawe:)My nie mieliśmy za bardzo czasu na fotki, ale Ci Jean[to napewno inaczej się pisze]to taka znajoma z Wietnamu pstryknęła nam kilka fotek.
Sprzedaliśmy wszystko. Można było kupić cały bochenek, albo kromkę chleba ze smalcem i ogórkiem konserwowym, bo kiszonych tu nie ma. Byliśmy ubrani w białe koszule, brakowało tylko białych czapek.. Cztery godziny bardzo szybko minęły. Przy okazji spotkaliśmy dużo Polaków[ja znałam już kilka dziewczyn z piątkowych spotkań, ale tym razem przyszły z rodzinami].
Akcja była udana. Zdjęcia wkleję jutro?
ok, albo pojutrze...
Cały sobotni ranek Bartek z Baśką spędzili na zagniataniu chleba, potem Bartek przywiózł koło 30 chlebków, które rosły sobie na półeczkach. Koło 22zaczęło się pieczenie..Ja poszłam ululać Łucje i przysnęłam. Jak się obudziłam, była 3nad ranem, Bartek siedział przed kompem, żeby nie zasnąć, a w piekarniku dopiekała się ostatnia partia chlebowa. Nad ranem spakowaliśmy się i ruszyliśmy w drogę. Nie muszę chyba dodawać, że samochód pachniał jak piekarnia. Za moimi plecami stała miska ze smalcem.
Podjechaliśmy jeszcze do Tomka, który dostał kilka chlebów do upieczenia, bo wszystkich razem było prawie 60..jak na dwa piekarniki to niezłe zadanie..
Sami nie wiedzieliśmy jak to wyjdzie. Na miejscu rozłożyliśmy się na wykupionym stoliku. Ludzie zaczęli się przyglądać zagadywać i zaczęło się. My zajęci byliśmy "biznesem" a Łucja usiadła na widowni i oglądała tańce w strojach ludowych..teraz to jej nowe marzenie..Potem przyszła po aparat i sama chodziła po wielkiej sali i fotografowała to , co ją zainteresowało. Jeszcze nie przejrzałam tych zdjęć, ale mogą być ciekawe:)My nie mieliśmy za bardzo czasu na fotki, ale Ci Jean[to napewno inaczej się pisze]to taka znajoma z Wietnamu pstryknęła nam kilka fotek.
Sprzedaliśmy wszystko. Można było kupić cały bochenek, albo kromkę chleba ze smalcem i ogórkiem konserwowym, bo kiszonych tu nie ma. Byliśmy ubrani w białe koszule, brakowało tylko białych czapek.. Cztery godziny bardzo szybko minęły. Przy okazji spotkaliśmy dużo Polaków[ja znałam już kilka dziewczyn z piątkowych spotkań, ale tym razem przyszły z rodzinami].
Akcja była udana. Zdjęcia wkleję jutro?
ok, albo pojutrze...
środa, 16 marca 2011
Krok po kroku
Przedwczoraj wróciłam do domu, zmęczona. Włączyłam komputer, żeby sprawdzić maile i był. Mail z Immigration Service. Dostałam wizę i mogę nareszcie szukać normalnej pracy. W miarę normalnej, bo mogę pracować maksymalnie 3miesiące dla jednego pracodawcy, a potem szukać następnego..Bardzo się cieszę. Układam to sobie wszystko w głowie. Czas na job hunting. Teraz dopiero poczuję, przez co przechodził Bartek kilka miesięcy temu..być może Julian z agencji, która szuka pracy dla B będzie mógł i pomóc. Zobaczymy. Mam kilka pomysłów, zobaczymy czy uda się je zrealizować.
Łucja we wtorek 22 zaczyna przedszkole. Ale póki co będzie chodzić tam we wtorki i w piątki po 4godziny, bo tylko w te dni sa sesje dla "małych dzieci". Starsze dzieciaki tzn te, które skończyły 4lata chodzą 3ray w tygodniu. Tak więc czeka nas jeszcze znalezienie przedszkola na dłuższy czas, tak żebym spokojnie mogła pracować. Musimy wpisać Łucję na listę do innego przedszkola i czekać, aż będą mieli wolne miejsce. Tak to wygląda.
Przygotowujemy się też powoli do niedzieli. Jedziemy na Festiwal Polski do lower Hutt i będziemy tam sprzedawać uwaga!chleb ze smalcem:)Ciekawa jestem, jak to wszystko będzie wyglądać..
Łucja we wtorek 22 zaczyna przedszkole. Ale póki co będzie chodzić tam we wtorki i w piątki po 4godziny, bo tylko w te dni sa sesje dla "małych dzieci". Starsze dzieciaki tzn te, które skończyły 4lata chodzą 3ray w tygodniu. Tak więc czeka nas jeszcze znalezienie przedszkola na dłuższy czas, tak żebym spokojnie mogła pracować. Musimy wpisać Łucję na listę do innego przedszkola i czekać, aż będą mieli wolne miejsce. Tak to wygląda.
Przygotowujemy się też powoli do niedzieli. Jedziemy na Festiwal Polski do lower Hutt i będziemy tam sprzedawać uwaga!chleb ze smalcem:)Ciekawa jestem, jak to wszystko będzie wyglądać..
czwartek, 10 marca 2011
Łucja marcowa oraz sobota urodziny kota
Sobota rozpoczęła wspaniały weekend pod znakiem Lord of the Rings. Asia i Mariusz mają płytki z wszystkimi trzema częściami LOR i możliwość wyporzyczenia rzutnika z pracy, więc wykorzystaliśmy okazję i spędziliśmy sobotnią noc w domowym kinie;) Ale zanim do tego doszło, Asia przygotowała na obiad pyzy poznańskie z pysznym sosem, ciasto imbirowe i inne smakołyki. Dzieciaki[bo A i M mają Mikołaja 3letniego] budowały domki, namioty, machały pędzlami i inne takie. Łucja była szczęśliwa, bo spała w swoim śpiworku z kapturem.My z kolei sprawdzaliśmy czereśniówke z nowozelandzkich zbiorów.. i pokazywaliśmy sobie przez okno, gdzie kręcono niektóre sceny.
Spotkanie miał się zakończyć śniadaniem, ale było nam razem tak dobrze, że Bartek skoczył na targ, Asia po rybkę i zostaliśmy do niedzielnego obiadu.Teraz planujemy kolejną część Trylogii. W Welli ruszają zdjęcia do "Hobbita", ale niestety nie udało nam się załapać na casting elfowy:(za późno się dowiedzieliśmy po prostu:)
Spotkanie miał się zakończyć śniadaniem, ale było nam razem tak dobrze, że Bartek skoczył na targ, Asia po rybkę i zostaliśmy do niedzielnego obiadu.Teraz planujemy kolejną część Trylogii. W Welli ruszają zdjęcia do "Hobbita", ale niestety nie udało nam się załapać na casting elfowy:(za późno się dowiedzieliśmy po prostu:)
| Dodaj napis |
| Mała drzemka przed nocnym kinem,, |
| Łucja myje swoje warzywka sklepowe |
| O różowym pingwinie, który popłynął do Afryki.. |
Księżycowa noc
Od kilku dni mamy okazję oglądać na żywo coś, co zawsze wydawało mi się animacją. Mamy taką umowę, że jednego dnia Bartek, a następnego ja kładzie Łucję spać. Jest to jedno z najmilszych zadań dnia i po kąpieli, leżąc pod pierzynką opowiadamy sobie przeróżne historie, wymyślamy, co będziemy kiedyś robić i zastanawiamy się, co robią nasi znajomi tam po drugiej stronie szpilki*Tak właśnie podstępnie wpadamy w ramiona Morfeusza i słodko zasypiamy. Problem w tym, że wieczór to jedyna pora kiedy można zająć się swoimi sprawami bez przeszkód. O ile uda się wstać. Z tym zawsze są kłopoty. Sprawa potrafi się przeciągać do godziny. Trudno jest wygramolić się spod ciepłej pierzynki, ale tego nikomu nie muszę chyba tłumaczyć. Ale do rzeczy. Wczoraj, dość szybko udało się Bartkowi wygonić mnie do "livingroomu". Przeciągałam się właśnie po raz niewiadomoktóry, aż zobaczyłam za oknem rogalik księżycowy. Piękny widok nad górami. Zawołałam B i patrzyliśmy razem, rozmawiając. No i pomyślałam, że moje niewyspane oczy płatają mi psikusa, ale księżyc robił się coraz mniejszy. Staliśmy tak zapatrzeni, aż cały schował się za górami i wiać było tylko jego poświatę, która rozjaśniała chmury. Trochę jak we wstępie do dobranocki. Podobało mi się. A dziś była powtórka z rozrywki:)
Niestety nie potrafię zrobić takiego nocnego zdjęcia a tym bardziej nakręcić filmiku. Zostaje tylko opowiadanie.
*Gdyby wbić szpilkę w globus w miejscu, gdzie leży Polska, jej koniec znalazłby się w NZ:)
Niestety nie potrafię zrobić takiego nocnego zdjęcia a tym bardziej nakręcić filmiku. Zostaje tylko opowiadanie.
*Gdyby wbić szpilkę w globus w miejscu, gdzie leży Polska, jej koniec znalazłby się w NZ:)
środa, 2 marca 2011
jeszcze chwila
Okazało się, że modem który nam przysłali jest zepsuty. Możecie sobie wyobrazić nasze miny, kiedy to odkryliśmy. Bardzo byliśmy zawiedzeni.Teraz czekamy na kolejny, mają go sprawdzić zanim wyślą. A że modem przyjedzie z Auckland, musimy czekać kolejny tydzień. Jak widać nawet tutaj nie jest różowo.."a internet miał się nie zacinać w Nowej"komentuje Łucja raz po raz.
Poza tym wydałam dużo kasy na badania do wizy i mam nadzieję, że to ma sens, że dostanę wizę i znajdę sensowną pracę tutaj. Bartek nastawia się na powrót szybki, ja czuję niedosyt, bo jeszcze nie spróbowałam swoich sił w pracy,a ciśnie mnie to. Rozmowy trwają, czas płynie, zobaczymy co będzie dalej.
Tymczasem nie martwcie się, że tak rzadko się odzywamy, mam nadzieję, że za tydzień usiądziemy już sobie w salonie z kieliszkiem wina i rozpoczniemy konferencje telefoniczne. Cierpliwości..
Poza tym wydałam dużo kasy na badania do wizy i mam nadzieję, że to ma sens, że dostanę wizę i znajdę sensowną pracę tutaj. Bartek nastawia się na powrót szybki, ja czuję niedosyt, bo jeszcze nie spróbowałam swoich sił w pracy,a ciśnie mnie to. Rozmowy trwają, czas płynie, zobaczymy co będzie dalej.
Tymczasem nie martwcie się, że tak rzadko się odzywamy, mam nadzieję, że za tydzień usiądziemy już sobie w salonie z kieliszkiem wina i rozpoczniemy konferencje telefoniczne. Cierpliwości..
Subskrybuj:
Posty (Atom)


