Sporo się też u nas działo od ostatniego posta. Zamiast komentować rzeczywistość, próbowaliśmy ją oswoić i znaleźć nowe miejsce do życia. Chyba nie tak dużo czasu zajęło nam szukanie mieszkania. Może nie jesteśmy zbyt wymagający, a może po prostu poszczęściło nam się. Niemniej jednak 6.02 zmieniamy mieszkanko na mniejsze. Postanowiliśmy zamieszkać sami, bardzo się cieszymy z tego powodu, chociaż są też obawy, ale kto ich nie ma. Podpisaliśmy umowę na rok i jakoś tak poczuliśmy, że musimy tu wytrwać przez ten czas. Straszy nas wizja tutejszej deszczowej zimy, wilgoci w mieszkaniu i trudności w przemieszczaniu się w taką pogodę. Póki co mamy lato, a zdarzyło się kilka razy, że deszcz padał cały dzień i to niekoniecznie z góry na dół, bo tutejszy wiatr sprawia, że pada też w pionie i na skos. Musimy zaopatrzyć się w porządny odwilżacz, który jest podstawą wyposażenia każdego mieszkania. Jeśli się go nie używa w deszczowe dni, hmm woda płynie po szybach wewnątrz domu, czuć piwniczny chłodek. Ubrania stają się cięższe od samego wiszenia w szafie w takich warunkach. To są uroki życia w tropikalnym kraju Białej Chmury. Tylko nikt przecież nie mówił, że będzie łatwo, wręcz przeciwnie. Tumisie ostrzegali nas, żebyśmy zaopatrzyli się w ciepłe pidżamy, polary, kapcie góralskie najlepiej ocieplane, ale kto by ich słuchał siedząc w Krakowie i oglądając zdjęcia niebiańskich plaż NZ.
Generalnie mieszkania i domy w NZ dla przybyszów z Europy mogą być sporym szokiem. Nie wiem dlaczego nie widać tego z Polski. Może dlatego, że myśl o braku szarych bloków w tym kraju i malowniczo położonych domkach, przysłania ich prawdziwy charakter. Po kilku pierwszych spacerach zaraz po przyjeździe doszliśmy do wniosku, że to miasto to taki większy ośrodek wczasowy. Wszystkie domki mają bardzo lekką konstrukcję, są głównie z drewna, w oknach są pojedyncze szyby, a drzwi wejściowe od podłogi oddziela centymetrowa szpara. Taka sprytna wentylacja?Do tego Wellington jest miastem na górkach, więc większość domków stoi na skarpach i budowana jest na palach. Może jednak jest coś w tym, że tu jest wszystko do góry nogami, bo garaże stoją na górze, a pokoje na dole. Trzeba zwracać uwagę na nasłonecznienie domów, bo jak słonko nie ogrzeje pokoju, można zmarznąć w środku lata. Nasz obecny domek ma również tajemne przejścia pod podłogą[wspominałam, że nie ma fundamentów?]przez które wędrują do nas czasem myszy albo szczurki. Na początku pobytu mieliśmy przygodę ze szczurkiem, którego w końcu wywieźliśmy do bushu, bo nikt z nas nie potrafił mu zadać ciosu, a że wcześniej najadł się sporo trucizny, był troszkę oszołomiony i wychodził na środek pokoju. Siedziałąm wtedy z Łucją na kanapie i kiedy skończyła się bajka, Łucja oświadczyła "Mamo szczurek do nas przyszedł'. A on siedział tuż przed nami i patrzył takimi oczkami jak kot ze Shreka. Złapaliśmy go po chwili w wiaderko, a potem do auta i na łono natury. Basia twierdziła, że zdechł gdzieś w trawie, ale mnie się zdaje, że jeśli po zjedzeniu sporej ilości trutki nie padł to świeże powietrze go uleczyło i pewnie wyjada teraz ziemniaki w innym domku.
Nasz tryb życia powoli jakby się stabilizuje. Bartek chodzi do pracy, my podobnie jak w Krakowie szwędamy się po okolicach, z tą różnicą, że tutaj jest to bardziej wyczerpujące i można to traktować jako mały trening. Wszyscy chyba nabieramy kondycji. Łucja ładnie chodzi po schodkach z górki, czasem nawet pod górkę, pod warunkiem, że nie zaśnie na rękach w drodze do domu. A schodków jest 194, są nachylone pod kątem mniej więcej 80';) Tak, ale niektórym taka ilość nie wystarcza i biegają sobie z góry na dół kilka rundek w ramach treningu. Bartek nawet grał już w piłkę, był bardzo zadowolony, jutro idzie znowu. Grają w porze lunchu, na boisku nad CBD[city buiseness district]. Zamiast zajadania sporcik, tak tu żyją. Koło 12-13 boiska w okolicy centrum są pełne, bo grają w rugby albo biegają, albo pływają na kajakach. To jest bardzo pozytywne.
Jeśli pogoda dopisuje i nie jesteśmy jeszcze zmęczeni, to wieczorami schgodzimy do ogrodu botanicznego na koncert. Przez całe lato co wieczór lokalni artyści śpiewają dla mieszkańców Welli. Ludzie przynoszą koce, kosze z jedzeniem, wino i piknikują. Kiedy zapada zmrok, ogród podświetlony jest kolorowymi lampami, tak że drzewa mają różne kolory, niebieskie, różowe, żółte. W kilku miejscach do słupów przyczepione są bąbelkowe maszynki i dzieci biegają za bańkami mydlanymi. Wygląda to trochę jak juwenalia, ale ludzie zachowują się o wiele przyzwoiciej;) Muzyka na żywo wyzwala dużo pozytywnych emocji, ludzie tańczą pod sceną i na trawnikach. Łucja szaleje, każe sobie zakładać sukienki, które się kręcą i wpada w trans taneczny.
Kiedy ostatnio byliśmy na koncercie, postanowiliśmy znaleźć wolny skrawek trawnika, co nie było takie łatwe. Miałyśmy z Łucją zamiar porobić fikołki na trawie, bo to jedna z tych rzeczy, którą Tygrysy lubią najbardziej. No i kiedy fikałyśmy usłyszałam brzdąknięcie. Wyczułam pod ręką jakieś pierścionki. Nie uwierzycie, ale to co znalazłam to były trzy pierścienie. Duże były, dużo za duże na nasze palce. Rozglądaliśmy się za właścicielami, ale nikogo w pobliżu nie było. Na dwóch z nich było coś wygrawerowane, ale jakby po arabsku, a trzeci to był taki jakby sygnet ze smokiem. Poszukaliśmy ludków z obsługi technicznej, podobno mieli gdzieś biuro rzeczy znalezionych, no i zostawiliśmy je tam, ale nie wiem czy dobrze zrobiliśmy..;p Hobbitki..może to jakiś znak był:)
Tak wędrujemy po mieście, tutaj w Bolton Memorial Park, różne wersje kapelusznika i Mały Człowiek oprowadza po mieście
Queens Wharf, a za Łucją jachty Briana i Gutka z Velux 5 Oceans
Lwie grzywy koło Parlamentu
| Plażowanie..zamki z piasku i piaskowy wiatr |
| Ogród Botaniczny, czekając na koncert |
| Rzadki widok, Łucja pozwoliła związać sobie włosy w kucyka |
| Tuż przed koncertem |
