wtorek, 25 stycznia 2011

Powrót do eteru

Długo czekałam na jakikolwiek komentarz, a kiedy zaczęły się pojawiać popsuła mi się ładowarka i nie bardzo miałam kiedy pisać. Najważniejsze, że sporo z Was odkryło, że jednak piszę kolejne posty, a nie poprzestaję na pierwszym:) Niektórym zajęło to mniej, innym troszkę więcej czasu;p
Sporo się też u nas działo od ostatniego posta. Zamiast komentować rzeczywistość, próbowaliśmy ją oswoić i znaleźć nowe miejsce do życia. Chyba nie tak dużo czasu zajęło nam szukanie mieszkania. Może nie jesteśmy zbyt wymagający, a może po prostu poszczęściło nam się. Niemniej jednak 6.02 zmieniamy mieszkanko na mniejsze. Postanowiliśmy zamieszkać sami, bardzo się cieszymy z tego powodu, chociaż są też obawy, ale kto ich nie ma. Podpisaliśmy umowę na rok i jakoś tak poczuliśmy, że musimy tu wytrwać przez ten czas. Straszy nas wizja tutejszej deszczowej zimy, wilgoci w mieszkaniu i trudności w przemieszczaniu się w taką pogodę. Póki co mamy lato, a zdarzyło się kilka razy, że deszcz padał cały dzień i to niekoniecznie z góry na dół, bo tutejszy wiatr sprawia, że pada też w pionie i na skos. Musimy zaopatrzyć się w porządny odwilżacz, który jest podstawą wyposażenia każdego mieszkania. Jeśli się go nie używa w deszczowe dni, hmm woda płynie po szybach wewnątrz domu, czuć piwniczny chłodek. Ubrania stają się cięższe od samego wiszenia w szafie w takich warunkach. To są uroki życia w tropikalnym kraju Białej Chmury. Tylko nikt przecież nie mówił, że będzie łatwo, wręcz przeciwnie. Tumisie ostrzegali nas, żebyśmy zaopatrzyli się w ciepłe pidżamy, polary, kapcie góralskie najlepiej ocieplane, ale kto by ich słuchał siedząc w Krakowie i oglądając zdjęcia niebiańskich plaż NZ.
Generalnie mieszkania i domy w NZ dla przybyszów z Europy mogą być sporym szokiem. Nie wiem dlaczego nie widać tego z Polski. Może dlatego, że myśl o braku szarych bloków w tym kraju i malowniczo położonych domkach, przysłania ich prawdziwy charakter. Po kilku pierwszych spacerach zaraz po przyjeździe doszliśmy do wniosku, że to miasto to taki większy ośrodek wczasowy. Wszystkie domki mają bardzo lekką konstrukcję, są głównie z drewna, w oknach są pojedyncze szyby, a drzwi wejściowe od podłogi oddziela centymetrowa szpara. Taka sprytna wentylacja?Do tego Wellington jest miastem na górkach, więc większość domków stoi na skarpach i budowana jest na palach. Może jednak jest coś w tym, że tu jest wszystko do góry nogami, bo garaże stoją na górze, a pokoje na dole. Trzeba zwracać uwagę na nasłonecznienie domów, bo jak słonko nie ogrzeje pokoju, można zmarznąć w środku lata. Nasz obecny domek ma również tajemne przejścia pod podłogą[wspominałam, że nie ma fundamentów?]przez które wędrują do nas czasem myszy albo szczurki. Na początku pobytu mieliśmy przygodę ze szczurkiem, którego w końcu wywieźliśmy do bushu, bo nikt z nas nie potrafił mu zadać ciosu, a że wcześniej najadł się sporo trucizny, był troszkę oszołomiony i wychodził na środek pokoju. Siedziałąm wtedy z Łucją na kanapie i kiedy skończyła się bajka, Łucja oświadczyła "Mamo szczurek do nas przyszedł'. A on siedział tuż przed nami i patrzył takimi oczkami jak kot ze Shreka. Złapaliśmy go po chwili w wiaderko, a potem do auta i na łono natury. Basia twierdziła, że zdechł gdzieś w trawie, ale mnie się zdaje, że jeśli po zjedzeniu sporej ilości trutki nie padł to świeże powietrze go uleczyło i pewnie wyjada teraz ziemniaki w innym domku.
Nasz tryb życia powoli jakby się stabilizuje. Bartek chodzi do pracy, my podobnie jak w Krakowie szwędamy się po okolicach, z tą różnicą, że tutaj jest to bardziej wyczerpujące i można to traktować jako mały trening. Wszyscy chyba nabieramy kondycji. Łucja ładnie chodzi po schodkach z górki, czasem nawet pod górkę, pod warunkiem, że nie zaśnie na rękach w drodze do domu. A schodków jest 194, są nachylone pod kątem mniej więcej 80';) Tak, ale niektórym taka ilość nie wystarcza i biegają sobie z góry na dół kilka rundek w ramach treningu. Bartek nawet grał już w piłkę, był bardzo zadowolony, jutro idzie znowu. Grają w porze lunchu, na boisku nad CBD[city buiseness district]. Zamiast zajadania sporcik, tak tu żyją. Koło 12-13 boiska w okolicy centrum są pełne, bo grają w rugby albo biegają, albo pływają na kajakach. To jest bardzo pozytywne.
Jeśli pogoda dopisuje i nie jesteśmy jeszcze zmęczeni, to wieczorami schgodzimy do ogrodu botanicznego na koncert. Przez całe lato co wieczór lokalni artyści śpiewają dla mieszkańców Welli. Ludzie przynoszą koce, kosze z jedzeniem, wino i piknikują. Kiedy zapada zmrok, ogród podświetlony jest kolorowymi lampami, tak że drzewa mają różne kolory, niebieskie, różowe, żółte. W kilku miejscach do słupów przyczepione są bąbelkowe maszynki i dzieci biegają za bańkami mydlanymi. Wygląda to trochę jak juwenalia, ale ludzie zachowują się o wiele przyzwoiciej;) Muzyka na żywo wyzwala dużo pozytywnych emocji, ludzie tańczą pod sceną i na trawnikach. Łucja szaleje, każe sobie zakładać sukienki, które się kręcą i  wpada w trans taneczny.
 Kiedy ostatnio byliśmy na koncercie, postanowiliśmy znaleźć wolny skrawek trawnika, co nie było takie łatwe. Miałyśmy z Łucją zamiar porobić fikołki na trawie, bo to jedna z tych rzeczy, którą Tygrysy lubią najbardziej. No i kiedy fikałyśmy usłyszałam brzdąknięcie. Wyczułam pod ręką jakieś pierścionki. Nie uwierzycie, ale to co znalazłam to były trzy pierścienie. Duże były, dużo za duże na nasze palce. Rozglądaliśmy się za właścicielami, ale nikogo w pobliżu nie było. Na dwóch z nich było coś wygrawerowane, ale jakby po arabsku, a trzeci to był taki jakby sygnet ze smokiem. Poszukaliśmy ludków z obsługi technicznej, podobno mieli gdzieś biuro rzeczy znalezionych, no i zostawiliśmy je tam, ale nie wiem czy dobrze zrobiliśmy..;p Hobbitki..może to jakiś znak był:)
Tak wędrujemy po mieście, tutaj w Bolton Memorial Park, różne wersje kapelusznika i Mały Człowiek oprowadza po mieście
 Queens Wharf, a za Łucją jachty Briana i Gutka z Velux 5 Oceans
 Lwie grzywy koło Parlamentu
Plażowanie..zamki z piasku i piaskowy wiatr






Ogród Botaniczny, czekając na koncert

Rzadki widok, Łucja pozwoliła związać sobie włosy w kucyka

Tuż przed koncertem

Jutro będzie więcej, o mieście, o chlebku, o kwiatkach i miłych gościach..tymczasem pora spać. Buziaki

sobota, 8 stycznia 2011

It's a beautul day yeah yeah..!

Uwaga uwaga, udało się! W piątek koło południa Bartek odebrał telefon z dobrą wiadomością. Mamy pracę! To znaczy Bartek ma, na 2miesiące, ale pierwsze koty za płoty, lody przełamane i takie tam. Podobno najtrudniej jest właśnie z pierwszą pracą w NZ. Tutaj pracodawcy w dużym stopniu kierują się w wyborze pracownika tym, czy ktoś ma kiwi expierience czy nie.Nie wiemy jeszcze czy taka umowa czasowa, przedłuża Bartkowi wizę z 9miesięcy na dwa lata, ale będziemy już mieli bieżącą kasę na tutejsze życie. W głowach kwitną już różne wizje życia tutaj. Na razie ostrożnie i powoli, ale są.
Po telefonie miny nam się poprawiły, zebraliśmy się do miasta, coby Bartek podpisał różne papierzyska, zjechaliśmy z wielkiej białej zjeżdżalni na nabrzeżu i oglądaliśmy wellingludków na nabrzeżu. Po drodze do agencji pracy, uświadomiliśmy Łucję, że Tata znalazł pracę. A trzeba Wam wiedzieć, że Łucja bardzo świadomie uczestniczy w tym co się wokół niej i nas dzieje. Zadaje dużo pytań, słucha odpowiedzi i układa sobie wszystkie informacje w swojej małej główce. Ale do rzeczy..Na nabrzeżu stoi sobie plac zabaw z ulubioną przez nas i przez Łucje zjeżdżalnią w centrum. Jak tylko schodzimy do miasta, zaglądamy tam w ramach podziału przyjemności ,coś dla dużych i coś dla Małych..ale ale niedaleko zjeżdżalni jest lodziarnia. Taaak i to jest to. Mudzia przechodząc tamtędy zagaduje zawsze jaka ładna dziś pogoda, taki ładny dzień Mamo Tato, a jak jest ciepło to trzeba lody jeść, a jak jest zimno to można iść nalody..No i ostatnio trochę ograniczyliśmy lodowe szaleństwa, tłumacząc Łucji, że oszczędzamy, że nie mamy pracy, więc na razie nie ma  lodów, że jak Tata dostanie pracę to pójdziemy na lody.
Wyobraźcie sobie jak schodzimy z górki, z Łucją w plecaku(takim na małe dzieciaczki, a że Łucja kluską nie jest to mieści się jeszcze w kryteriach wagowych), rozmawiamy o tym o tamtym, po co idziemy..no i zapytałam Łucję czy wie, ze Tata dostał pracę..tutaj nastała chwila milczenia, główka zapracowała, na twarzy wyrósł(poważnie widziałam jak rośnie!) szeeeroki uśmiech a my usłyszeliśmy szalony pisk i  hahaha hihihi a do tego skakanie w plecaku, jakby nasze dziecko zamieniło się w niewyfikanego Tygrysa. Trwało to kilka minut.Szelmowski uśmiech wyprzedził bardzo adekwatną uwagę, " idziemy na lody!"No i przez resztę drogi, Łucja wypytywała mnie jaki smak lodów lubię i udawała, że nakłada mi kulkę. A na miejscu, Łucja od razu wybrała sobie smak lodów, kierując się kolorem, ale nie pogardziła propozycją posmakowania innych smaków, dla upewnienia się w swoim wyborze.Zaskoczyła nieco pana, który podawał jej na łyżeczce różne owocowe smaki, a tu Łucja uznała, że truflowy jest najlepszy i nie dała się namówić na nic innego. Po takim wstępie mogła przystąpić do konsumpcji, no i jak to kiedyś ładnie Pi powiedziała "jadła całą sobą", nie zapomniała ani o kapeluszu ani o sukience..Teraz mówi, że jeszcze mama musi znaleźć pracę, żebym mogła kupować jej lody..hm taka motywacja mała.

wtorek, 4 stycznia 2011

Petone wieczorową porą

Kilka dni temu pożyczyliśmy samochód od Tumisiów i pojechaliśmy wieczorkiem na plażę w Petone. To dzielnica Wellington jakieś 13km od miejsca, gdzie mieszkamy. Czuć już było wieczorny chłodek, słońce powoli chowało się za górami, wiatr spokojnie robił swoje,a my spacerowaliśmy po pełnym muszli i kamyków brzegu. Co jakiś czas mijaliśmy się z czerwonookimi i czerwonodziobymi czarnymi ptakami, których nazwy jeszcze nie znam. W każdym razie raczej przed nami nie uciekały tylko szukały kolacji wśród stosu muszli.
Maoryskie rodzinki zbierały się przy brzegu. Chyba też szukali kolacji. Jeden z panów brodził po pas w zimnej wodzie z wędką i co jakiś czas wyciągał kolejną rybkę. Dziewczęta owinięte w chusty też chlapały się w wodzie, a potem stały takie mokre i czekały aż wiatr je wysuszy.
My tymczasem znaleźliśmy plac zabaw ku wielkiej uciesze Łucji i spędziliśmy tam chwilkę. Potem oglądaliśmy muszelki i zastanawialiśmy się czy ktoś tam jeszcze mieszka.. A! No i był z nami Mietek, po raz pierwszy zabraliśmy go na plażę;)Chyba mu się spodobało.





common life

..poranek z mgiełką nad górami, długo takiego nie było. Śniadanie z Łusią, płatki , kakao, widzę listonosza za oknem, wrzuca coś do naszej skrzynki. Wybiegam boso, deszczyk mży, ale to tylko reklamy..dzień jak co dzień. Dziś skończyły się świąteczne wakacje i ludzie wracają do pracy. My się cieszymy, może wreszcie ruszy się coś z pracą. Trochę targają nami nastroje euforyczno depresyjne, nie jest to łatwy czas, ale wierzymy, że jak to przetrwamy to potem będzie już normalniej. Najlepszym lekarstwem jest wyjście z domu, zajęcie się czymś innym. Chociaż i na spacerach nasze myśli krążą wokół jednego tematu. Zastanawiamy się jak długo tu zostaniemy, co dalej, jak dalej i tak sobie żyjemy z dnia na dzień. Szału nie ma, ale może przyjdzie na to czas:)
...no i był telefon, jutro rozmowa, trzymajcie kciuki.cium.

niedziela, 2 stycznia 2011

Okołoświątecznie i wycieczkowo

Przez miesiąc w centrum Wellington, koło nabrzeża stała taka oto choinka z lampek, wielkości piłeczek pingpongowych. Dookoła porozstawiane były czerwone budki telefoniczne, z których można było zadzwonić do Świętego Mikołaja. Po przekazaniu życzenia, zapalały się lampki przy odpowiedniej budce i światełka wędrowały na samą górę. Skorzystaliśmy z takiej możliwości i każdy uruchomił łańcuszek światełek swoim życzeniem. Po tak wyczerpującej akcji można było poleżeć na gigantycznej podusi i podziwiać choinke i okolice.A im bliżej Świąt tymintensywniej Łucja przypominała o piernikach na choinkę, więc trzeba było się zabrać do pieczenia. Od tamtego czasu, co jakieś trzy dni dopiekamy kolejna porcję, ponieważ jak większość z Was wie Łucja jest znanym Piernikożercą...brakuje nam trochę ulubionego sklepu na Grodzkiej.