poniedziałek, 28 lutego 2011

Idea..

Kochani, jakoś tak do głowy przyszedł mi pomysł [nie]typowy, przyślijcie nam zdjęcia Wasze ostatnie, cobyśmy mogli się nacieszyć widokiem Waszych pysiów.Proszę...
buziaki dla wszystkich
m
p.s. wlaśnie pan zapukał do drzwi i przyniósł "świeżutki "modem:) będzie internet w domku!będziem dzwonić!Hurra!!!

Takie takie

Siedzę właśnie z Łucjami w naszym dawnym domku i czekam na modem. Miał być wczoraj, ale nikt nie zadzwonił i minęłam się z kurierem. Tutaj nie mają w zwyczaju dzwonić i pytać czy jesteś w domku, bo już jadą. Znalazłam tylko karteczkę, że nie zastali nas w domu i nie udało im się dodzwonić[tylko nikt nie dzwonił;/].Jakiś czas temu znaleźliśmy dobry teledysk, który świetnie pasuje do naszego wyjazdu:)
Oto on:

smashing pumpkins-tonight tonight

czwartek, 24 lutego 2011

Domku troszkę





Otwieramy drzwi i pijemy kakao na schodkach

Dodaj napis

Łucyjka przed domem

Nasze mieszkanko jest na dole, u góry mieszkali Anna i Tim, ale się przeprowadzili kilka dni temu.

Łucja na schodkach przed domem

Gdy otwieramy drzwi, widzimy..

Cykada, mamy ich pod dostatkiem

Łucje pukają do domku

Miarka Łucji, ostatni wpis przy 100cm
z kuchni widzimy Mt Kaukau, kiedyś tam już weszliśmy
I jeszcze kilka zdjęć domku.Najlepszą dokumentację robi Łucja, łapie aparat i trzaska zdjęcia wszędzie i wszystkiego:)

Trzy kitki








Taki krótki fotopościk. Dziś Łucja znalzła kolorowe gumki do włosów, ktore kupiłyśmy jeszcze w Krakowie i ku mojemu zdziwieniu zażyczyła sobie 3kitki na głowie. I chodzi tak już od 3godzin..wcześniej nie dało się zrobić zbyt wiele z jej włosami.poza czesaniem po myciu.

niedziela, 20 lutego 2011

Post dla Jerza, wielce spóźniony..

W niedzielę 6 lutego o godzinie 14.30 lokalnego czasu (02.30 czasu polskiego) cztery jachty Eco 60 wystartowały z nowozelandzkiego portu Wellington, rozpoczynając kolejny, trzeci już etap rywalizacji w okołoziemskich regatach VELUX 5 OCEANS.[http://www.operonracing.com/1165.html]
Tego samego dnia, my przenosiliśmy się do nowego mieszkania.Pomimo deszczowej pogody na kei Queens Wharf w Wellington zgromadził się tłum kibiców. Podobno, bo mimo napiętego planu tego dnia, popędziliśmy na nabrzeże, ale już nikogo tam nie zastaliśmy. Nie wiem czy to ja jestem tak kiepskim poszukiwaczem informacji, czy sprawa była za mało nagłośniona, ale na żadnej ze stron veluxowych nie podano dokładnego czasu startu:(
Strasznie nam było głupio, bo spieszyliśmy się z przewożeniem rzeczy, zaliczyliśmy jeszcze rano wizytę w kościele i na targu,a głowna atrakcja dnia przeleciała n am koło nosa. Spóźniliśmy się jakieś pół godzinki i udało nam się wypatrzyć jedynie stateczki i jachty z flagami velux 5 oceans, które chyba "odprowadzały" zawodników.
 Gutek przypłynął do Wellington już 16.01, jakiś tydzień później otworzyli hangar z wystawą zdjęć i opisem rejsu i zawodników. Tak to się nazywało, ale prawdę mówiąc mało było zdjęć, tylko kilka tablic z nazwiskami uczestników rejsu, żagiel dla Brada, pomalowany chyba przez rodzinę i znajomych, a poza tym kilka stoisk, przedstawiających firmę 'maersk' jednego ze sponsorów regat. Łucja najbardziej lubiła siadać tam na schodkach i oglądać relacje z powitania zawodników w Wellington.Kiedy tak sobie siedziała, zaraz pojawiał się ktoś z obsługi i częstował ją lizakiem. 
Kilka razy minęłyśmy się z Gutkiem na nabrzeżu. Nawet rozmawiałyśmy z Basią z jednym kolesiem z ekipy Operonu i dostałyśmy gadżety dla dzieciaków. Łucji trafił się bardzo fajny kompas, a my korzystamy z torby. Niestety nie udało mi się zdobyć autografu, bo zwykle Gutek szybko zmykał z jachtu i maszerował gdzieś zajęty rozmową z rodziną albo kimś z ekipy. Za to mamy kilka zdjęć jachtu:)



czwartek, 17 lutego 2011

170A Pembroke Road, 6012 Wellington

Po sporych kłopotach komputerowych powoli nasza łączność ze światem poprawia się. Nasze komputery postanowiły zastrajkować niedawno. W moim popsuła się ładowarka i mimo, że Mariusz zlutował mi ją i posklejał, dalej protestowała. Bartek zamówił wczoraj nową, powinna byś za kilka dni. Z kolei Bartkowy komputer miewa stany bez obrazu i ni to bateria się psuje,takie różne.
W nocy z 14/15lutego rozpoczęła się nowa edycja wizy working holidays, w której chciałam wziąć udział. Jakoś nie widać póki co, żeby Bartek dostał stałą pracę. Chodzi na rozmowy ale wszystko tutaj trwa chwilkę, a ja chciałabym też już pracować. Nie tylko jako opiekunka:)A dopóki Bartek nie podpisze umowy na okres dłuższy niż 6miesięcy, ja nie mam pozwolenia na pracę. Dlatego próbuję z innej strony.Dla Polaków mają tutaj 100miejsc rocznie a zainteresowanie wzrasta z roku na rok, w związku z czym trzeba się spieszyć z aplikacją. Tak się zdarza, że życie płata nam psikusy w najmniej oczekiwanych momentach. No i oczywiście jak już przygotowałam wszystkie dokumenty i zaczęłam się logować do systemu, laptop zastrajkował, Bartkowy się włączał ale nic nie było widać. Nie wiedzieć czemu poczułam lekki ścisk w żołądku i przypomniało mi się, jak musiałam wstawać o 4nad ranem w Jackson Hole, żeby zadzwonić do dziekana B i przełożyć termin examinu.[Przy tym wspomnieniu ściskam i pozdrawiam gorąco wszystkie kochane dziewczynki ze sztabu ratunkowego, które mi wtedy pomogły:*:*:* Mój kochany mąż zjadł kolację, ja spakowałam mu dokumenty i popędził w dół ulicy do Mariusza i Basi po "kilo" laptopa;p  Nie muszę dodawać, że zdolności B zdobyte w Capie nie poszły na marne. Wklepał wszystkie dane, zaaplikował za mnie i wrócił do domu. A wszystko to działo się o północy.No i udało się. Teraz muszę jeszcze zrobić badania medyczne i rtg klatki piersiowej i odesłać to w odpowiednie miejsce, wtedy zapadnie decyzja czy dostanę taką wizę czy nie. Jak zwykle prosto być nie może. Szkopuł tkwi tym razem w tym, że na żadną z tych wiz nie można zabrać dziecka. Nowa wiza turystyczna Łucji jest ważna do 18maja. Taka młoda z niej turystka po prostu.
Dziś rano byłam z dziewczynkami na playgroup w wadestown, kilka dzielnic dalej. To takie spotkania dla dzieciaków i rodziców. Kilka mam skrzyknęło się i wynajęły dawną świetlicę czy przedszkole i organizują tam właśnie playgroup. Jest mnóstwo zabawek, zarówno w budynku, jak i  na podwórku. Plac zabaw, piaskownica, stoły z pojemnikami na wodę, którą dzieciaki przelewają jak im się tylko podoba. Do tego materace i trampoliny do skakania, stół pełen kredek, wycinanek i zabaw artystycznych, sztalugi z kartkami i farby, także jest w czym wybierać. Poza tym jest też morning tea dla małych i dla dużych. Dziś akurat pogoda była piękna. Poznałam kilka mam, porozmawiałam trochę, bo na co dzień tylko z sąsiadami rozmawiam po angielsku. Dopiero przy którejś pogawędce zdałam sobie sprawę, że trochę z nas krejzole. Jedna babeczka zapytała czy przyjechaliśmy tutaj nie znając nikogo, no i to mnie olśniło. Jest naprawdę dobrze, jak na taką wyprawę. Mamy tu już trochę znajomych, głównie Polaków i kiwuskich sąsiadów. Zaskakujące jest to, jak wiele osób kojarzy Polskę i większość ludzi, z którymi romawiam zna jakiś Polaków, albo ma w ich w rodzinie.
Ostatnie sobotnie przedpołudnie spędziliśmy w domu Moniki, Adama i małej Zoli.Poznałam dziewczyny nie gdzie indziej jak na placu zabaw. Pisałam już chyba o Monice pielęgniarce. To bardzo kochani ludzie. Przyjechali po nas, nakarmili pierogami ruskimi na sposób wellingtoński ze śmietaną i sosem sweet chili. My zawieźliśmy im świeży chlebek, upieczony o poranku i było bardzo polsko. Monika opowiadała nam nieco o swoich podróżach. Była w USA, Dani, Anglii i w Afryce, potem przyjechała na roczny kontrakt do NZ i poznała Adama. Są już razem 5lat, mają 16miesięczną córeczkę i spodziewają się kolejnego członka rodziny za pół roku. Adam jest Polskim Kiwusem. Jego tata przypłynął tu jako dziecko na statku Pahiatua .Wcześniej przebywał w obozie na Syberii. Mama natomiast przyjechała tu w wieku 20lat i kolejne 15 musiała czekać, żeby zobaczyć Polskę. Adam z tatą zredagowali książkę o losach tych dzieci .http://www.poczytaj.pl/31730. Zamierzamy zaopatrzyć się w jeden egzemplarz kiedyś.

A tymczasem kilka fotek jeszcze z rozpakowywania w naszym kątku.


piątek, 11 lutego 2011

Kwiatki, wiza i bilety

wellington
 Zaczęłam pisać tego posta chyba w zeszłym tygodniu, albo dwa tygodnie temu. Dziś tylko trochę dopisuję, coby dokończyć..Korzystając z okazji, że Bartek jest w pracy a Łucyjka zapodała sobie popołudniową drzemkę, postanowiłam wrzucić kilka zdjęć i może przekazać co nieco. Tak więc przez ostatnie dni zbieraliśmy dokumenty potrzebne do przedłużenia mojej wizy turystycznej. Poprzednia  wygasa 18lutego, więc czas już najwyższy, żeby się za to zabrać. Ze trzy tygodnie temu przechodziliśmy koło zakładu fotograficznego i pomyśleliśmy, że skoro już tu jesteśmy, zrobimy sobie zdjęcie do wizy, żeby potem specjalnie nie chodzić. Ale zdziwiliśmy się troszkę, bo pan wypytał nas do czego nam to zdjęcie, czy tylko dla nas, czy dla dziecka też, po czym stwierdził, że oni się tym nie zajmują, bo to pochłania zbyt wiele czasu, a dzieci się wiercą. Po czym polecił, żebyśmy poszukali w internecie wskazówek, jak zrobić takie zdjęcie, pstryknęli kilka takich w domu i przynieśli im do wywołania.Tak się to robi tutaj:)własnym sumptem prawie..potem wypełniliśmy aplikację do wizy, musieliśmy zdecydować na jaki okres ją przedłużamy, łącznie z czasem jaki już tu spędziłyśmy. Wybraliśmy opcję trzymiesięczną, tzn 6miesięcy licząc od listopada.Jeśli chciałabym na dłużej, musiałabym zrobić rtg płuc i cały zestaw badań, coby władze były pewne, że jestem zdrowa. Dodatkowo, przy takiej wizie należy udowodnić, że posiada się $1000NZ na każdy planowany miesiąc tutaj. No i jeszcze należy udowodnić, że mamy zamiar stąd kiedyś wyjechać i tutaj można albo znowu pokazać, że mamy kasę, albo pokazać bilety do domu;) My skserowaliśmy bilety. Ale ale z biletami też jest szał.Niby prosta sprawa, przełożenie biletu, a tu tyle problemów. Zacznę od tego, że w związku z tym, że mamy z Łucją wizę turystyczną, potrzebowałyśmy bilet w dwie strony. Bartek wymyślił, że sobie kupi tylko w jedną. No i nasze bilety nie mogły pozostać jedynie elektroniczne, są nietypowe, bo wydrukowane, papierowe. I stąd chyba kłopot. Są też wydane przez British Airways i u nich kupione, a wszystkie loty obsługiwane są przez Quantas. Pierwszym ruchem był mail do pani z biura w Warszawie i ona powiedziała, że możemy zmienić termin lotu osobiście, kontaktując się z oddziałem Quantas w Wellington. Bartek zadzwonił na infolinie, przez 15min sluchał muzyczki przez słuchawkę, po czym po krótkiej rozmowie, pani stwierdziła, że takiej zmiany może dokonać tylko BA. Tak więc B zadzwonił do BA, a tam odesłano go do Q. Zadzwonil więc znowu do Q, po dłuższej rozmowie, pani stwierdziła, że należy pokazać się w oddziale Q w Wellington. Tak więc następnego dnia ruszyłam na lotnisko, ale pan był nieugięty i wysłał mnie znowu do BA, z tym, że podał mi inny numer telefonu, niż ten dotychczasowy. W domu Bartek zadzwonił do BA, jak się okazało do siedziby w Londynie, była już późna noc u nas i ja już zasnęłam z Łucją, ale pani kazała Bartkowi mnie obudzić. Lekko nieprzytomna założyłam słuchawki, pani poprosiła abym przeliterowała swoje imię, po czym powiedziała, że tylko przez naszego agenta mogę przebookować bilet. Zadzwoniliśmy więc do biura w Warszawie, tam Bartek wyjaśnił całą sytuację, ale zanim dotarł do Pani z BA, która bez problemu zmieniła datę potrzeba było jeszcze kilku telefonów. Koniec końców bilecik został przełożony na 13.11.2011, musimy go wykorzystać najpóźniej do tego czasu, bo bilety są ważne tylko przez rok. Tyle tylko zwykle o poranku jedno z pierwszych pytań B brzmi, "to co przekładamy bilety na lipiec"?
Dziś już nie pamiętam stresiku, siedzenia w biurze imigracyjnym[ja chyba nie bardzo lubię załatwiać urzędowe sprawy, zawsze mnie to spina, no i jeszcze jak w banku jest to, że tuż przed naszą kolejką Łucja zechce ruszyć do toalety, której trzeba szukać w restauracjach, bo w biurze nie ma]. No ale jak się okazuje stres był niepotrzebny, bo pan wbił nam naklejki z wizami od ręki i pokazywał kolegom i koleżankom imię Łucji do przeczytania, ale jak go poprawiłam i kazałam dodać "a" na końcu to poszło mu dużo łatwiej.



czwartek, 10 lutego 2011

mała Łucja, duża Łucja

Taki szybki post. Ciągle, ciągle coś się zmienia, jakby oświeciło mnie, że życie tutaj to taki proces. I chyba jestem bardziej uważna na końcu świata. Czas płynie raczej utartym rytmem, zwłaszcza, że mamy już jako takie stałe zajęcia. Dobra dobra nowina.Mieszkamy już od niedzieli w małym mieszkanku na górce. To taki unit tutejszy w domku, dwuunitowym. Nasi sąsiedzi są bardzo mili, mieszkają nad nami, to Tim i Anna. Niestety za dwa tygodnie przeprowadzają się. Mają kota i mały zielny ogródek z krzakami bazylii, majeranku, rozmarynu i innych pyszności:)
Nasze mieszkanko jest niewielkie, mniejsze niż w Krakowie. Wchodzi się przez maleńki korytarz do salonu, ten połączony jest z kuchnią, oczywiście równie maleńką. Mamo nie masz małej kuchni, uwierz mi:*
Poza tym jest jeszcze łazienka, dość duża, z wanną i prysznicem, ale prysznic jest wbudowany w ścianę i trudno się tam umyć. Przy umywalkach w kuchni i łazience są dwa krany, na ciepłą i zimną wodę, jest to dość uciążliwe zwłaszcza przy myciu naczyń albo zębów, bo trzeba uważać,żeby się nie poparzyć. A najmniejsza część to sypialnia. Wrzuciliśmy do niej nasze dwa materace, ale póki co nie mamy do nich stelaży. W Krakowie materac na podłodze nie był  problemem, ale tutaj obawiamy się wszechobecnej wilgoci. W związku z tym zastosowaliśmy trik i rozłożyliśmy na podłodze tarpę z namiotu, na top materace i jakoś działa póki co, taka mała izolacja..Niewiarygodna jest jakość, albo raczej brak jakości tutejszych domów. Tyle tylko, że jakoś nie widać, żeby ludziom to przeszkadzało. Trochę się martwimy, bo podpisaliśmy umowę na rok, a w listopadzie musimy polecieć do Polski, żeby nam bilety nie przepadły. Bartek chyba od razu zostałby w Polsce, ale ja jakoś nie potrafię się pogodzić  tym, żeby tak szybko się poddać?Trzyma mnie tu myśl o wycieczce po obu wyspach na koniec naszego pobytu tutaj. Takie małe marzenie. Być może trochę idealizujemy sobie teraz Polskę, bo z daleka wygląda to wszystko inaczej.
Tak z innej beczki, poznałam ostatnio kolejną Polkę tutaj z małą córeczką Zolą. Monika jest tu od 5lat, jej mąż jest Polakiem urodzonym tutaj. Monika jest pielęgniarką i pracuje w tutejszym szpitalu, ma wypytać o możliwość pracy dla mnie. Może potrzebują physio assistanta, bo póki co nie stać mnie na rejestrację w tutejszym towarzystwie fizjoterapii. Niemniej jednak Monika namawia mnie, żebym próbowała, bo potrzebują tutaj fizjoterapeutów. Tutejsi zaraz po studiach wyjeżdżają do Europy albo do Stanów, żeby zobaczyć kawałek świata i zdobyć doświadczenie. Wracają koło 35-40 kiedy zakładają rodziny. Brzmi dość znajomo..pokręcony jest ten świat jednak, albo ludzie zawsze chcą spróbować czegoś innego. Ja w każdym razie muszę poczekać na pozwolenie na pracę, być może aplikuję w tym tygodniu na wizę work&travel. Pozwoli mi to podjąć pracę u jednego pracodawcy na maxymalnie 3miesiące, zobaczymy. Jak na razie zajmuję się małą Łucją Basi i Mariusza. Taka praca powinna wystarczyć na czynsz, więc jest dobrym rozwiązaniem na ten czas oczekiwania. Przecież i tak siedzę z Mudzią, tzn z Mudzią się szwędałam ile się dało, teraz jestem trochę bardziej uziemiona, ale powtarzam sobie, że to tymczasowo tylko.
Postaram się wieczorem wrzucić kilka fotek z nowego lokum. Widoki są naprawdę miłe dla oka. Chociaż przez pierwsze kilka  dni padał deszcz i czuliśmy się jakbyśmy mieszkali w chmurach, we mgle, ale lubię wieczorny i nocny widok z okien. A do tego ciągle słychać cykady i czasem wlatują nam do domku, tego nie lubię..
p.s. piszcie do nas piszcie, bo tęsknimy;)