poniedziałek, 27 grudnia 2010

Place zabaw

Jesteśmy już w Nowej półtora miesiąca. Czas płynie swoim rytmem, dni mijają całkiem zwyczajnie, wieczory natomiast pod znakiem rozgrywek w "Osadników". Jesteśmy dość mocno wciągnięci w grę, chociaż ja chyba najmniej z domowników..w każdym razie przyjemna to forma spędzania wolnego czasu. W oczekiwaniu na pracę wymyślamy różne wersje przyszłości, bo właściwie jest tak jakbyśmy zaczynali od zera[jeśli nie od minusa] i to pobudza wyobraźnię..Jest trochę tak, że mamy tylko siebie, ale jak tylko o tym pomyślałam to stwierdziłam, że to nieprawda, bo mamy naprawdę dobrych ludzi wokół, piękne widoki, mamy gdzie mieszkać, co jeść,a jednak człowiek jakoś tak przywyka do rutyny, do codziennego życia, że trudno jest się przestawić na tryb nieograniczonego czasu wolnego. Gdzieś czasem pojawiają się wyrzuty sumienia,"dlaczego nie pracuje?"i wtedy trudniej się zrelaksować. Tymczasem większość tego wolnego czasu spędzamy ku radości Łucji na placach zabaw albo w Te Papa[jeśli pada]. A place zabaw są tu przefajne. Nie ma ograniczeń jeśli chodzi o wysokość zjeżdżalni. Jest tu dużo więcej sprzętów, które rozwijają siłę rąk[wszelkie szczebelki, pajęczyny, różne uchwyty dziwne do przejazdów na linie, albo megamaster- muscle master, czyli taki rotorek zawieszony na wysokości 2 metrów, więc żeby go przesuwać trzeba utrzymać ciężar własnego ciałka i pedałować łapkami]. Rodzice są tu bardziej wyluzowani niż w Polsce. Dzieciaki skaczą po wszystkich tych cudach jak małpki, no fear. Łucja zaczęła już wchodzić na drzewa, dziś przeszła po mostku z lin, jakieś pół metra nad moją głową. No i jeszcze dodam, że mamy sporo takich miejsc wokół, a deszcz nam nie przeszkadza, bo zwykle wiatr przesusza zjeżdżalnie w 5min:) Dziś wieczorem wybraliśmy się na boisko, żeby pobiegać, porzucać poskakać. Bieganie fajna sprawa, może ciągły widok biegających ludków tak na mnie wpływa ale dziś była to przyjemność. Jeśli chodzi o frisby to trudno jest tu grać, bo wiatr je zwiewa w nieprzewidziane strony. Skakanie na skakance może się udać,ale tylko w szybkim tempie i przy odpowiednim ustawieniu w stosunku do wiatru, najlepiej z wiatrem, nigdy boczkiem. Aha i jeszcze Łucja nauczyła się robić fikołki na trawie, więc mamy zabawę.

Zdjęcia dorzucę jutro, bo nie wiedzieć czemu jakoś zniknęły, choć je załadowałam...buziaki for all






niedziela, 26 grudnia 2010

Łucja mówi

"Jestem teraz ptaszkiem który nie lubi klamerek, wyrzuca je na podwórko a potem wziewa" :)

Ps. Klamerki to spinacze po naszemu. pozdro Marcin! BP

wtorek, 21 grudnia 2010

Urodziny

Z okazji Łusiaczkowych urodzin zrobiliśmy małe przyjęcie. Był tort, balony, goście i prezenty. Po kilku tańcach w domu, wyruszyliśmy na plac zabaw i boisko, żeby wypróbować prezent:) Łucja dostała od Tumisiów hulajnogę i bardzo się z niej ucieszyła..Chyba w ogóle miała dość ekscytujący dzień. Kiedy rano leżała z B w łóżku, a ja weszłam do pokoju z ciepłym miodkiem, usiadła na łóżku i powiedziała "Mamo ja mam dzisiaj trzy lata!" Rozejrzała się po pokoju i dodała "jestem większa od tego kaczora.."Potem od rana chciała oglądać tort i wbijać w niego świeczki. Potem było przyjęcie, muzyka[z piosenką  Dirty Dancing" to moja ulubiona!"] spacer. A wieczorem w salonie stanęła choinka, którą udekorowaliśmy. Na szczęście kontener przypłynął na czas i niczego jej nie brakuje. A jeśli chodzi o pogodę, to od trzech dni pada, dzisiejszy poranek był hmmm hardcorowy, deszcz lał niesamowicie gęsto, a do tego silny wiatr go poganiał i wyglądało to jakby padało w poziomie..takie uroki lata w Wellington.

p.s. Dziękujemy Wam Kochane Misiaczki za karteczki świąteczne i urodzinowe dla Łusi, bardzo nas wszystkich cieszą i przyczepiamy je do lustra w naszym pokoju, także już prawie nie wiemy jak wyglądamy. Kochamy Was wszystkich i myślimy o Was ciepło:*:*:*

 



sobota, 18 grudnia 2010

Miejsca

Kontener rozpakowany, pięterko załadowane, śpimy już na naszym krakowskim materacu i wreszcie śpi się wygodnie, a zamist śpiworka pierzyna, niebywały luksus, teraz to doceniam. Dzieci szaleją między kartonami, obią sobie domki. Wyciągnęliśmy Puerto Rico[gra planszowa]i graliśmy wczoraj z Basią i Mariuszem. Do tej pory wieczory upływały pod znakiem Osadników z Catanu, teraz możemy grać na zmianę w jedną i drugą. Rano Łucja wyciągała z pudełka swoj pluszaki i układała je na naszym łóżku, podobno wszystkie spotkały się na imprezie i tańczyły, a my mieliśmy dodatkową drzemkę poranną.A fotki pochodzą z najczęściej odwiedzanych przez nas miejsc.

Ogród botaniczny, a właściwie jego różana część, robimy tam przerwę w drodze do miasta


Plaża, surfursi i jeden przyszły adept tej sztuki..

Rose Garden


Frank Kitts Park, między CBD a wodą..

To, co Tygrysy lubią najbardziej..zwykle w tych okolicach bywa to tak:
Ł: Mamo, a dzisiaj jest ciepło, nie? tak gorąco....
M: No ciepło jest/ Deszcz pada/ Wieje dzisiaj troche..
Ł: Ale jak jest ciepło to się kupuje lody nie?bo tak gorąco jest..
M: ???


Tuż nieopodal ulibionej lodziarni..

czwartek, 16 grudnia 2010

Miasto


Kilka fotek z pierwszego miesiąca pobytu w Wellington. Podzieliłam je sobie na  różne grupy i będę dodawać jak najszybciej. Niestety padły nam baterie i nie mamy zdjęć z kilku fajnych miejsc.Czekamy na ładowarkę, która już dziś przypłynęła w kontenerze. Niedługo przyjedzie pan i zostawi nam kontener na trawniku przed domem. Mamy cały weekend, żeby go rozpakować.


    Widok na Wellington z Seaview. Oglądamy go schodząc do miasta z "naszej górki"

 Parking na Lambdon Quay w centrum miasta

 Waterloo Wharf z widokiem na biurowce
 
Główna droga przez miasto.
Jedna z dzielnic Wellington

Temu panu wchodzi się na głowę i skacze prosto w zimne wody Cieśniny Cooka



wtorek, 14 grudnia 2010

London calling

Ok, czas zacząć pisać. Na początek zdjecie z poczatku nowozelandzkiej przygody. Ania nam dzisiaj przesłała i bardzo nam się podoba:)Londyn listopadowy gdzieś niedaleko natural History Museum.