Jesteśmy już w Nowej półtora miesiąca. Czas płynie swoim rytmem, dni mijają całkiem zwyczajnie, wieczory natomiast pod znakiem rozgrywek w "Osadników". Jesteśmy dość mocno wciągnięci w grę, chociaż ja chyba najmniej z domowników..w każdym razie przyjemna to forma spędzania wolnego czasu. W oczekiwaniu na pracę wymyślamy różne wersje przyszłości, bo właściwie jest tak jakbyśmy zaczynali od zera[jeśli nie od minusa] i to pobudza wyobraźnię..Jest trochę tak, że mamy tylko siebie, ale jak tylko o tym pomyślałam to stwierdziłam, że to nieprawda, bo mamy naprawdę dobrych ludzi wokół, piękne widoki, mamy gdzie mieszkać, co jeść,a jednak człowiek jakoś tak przywyka do rutyny, do codziennego życia, że trudno jest się przestawić na tryb nieograniczonego czasu wolnego. Gdzieś czasem pojawiają się wyrzuty sumienia,"dlaczego nie pracuje?"i wtedy trudniej się zrelaksować. Tymczasem większość tego wolnego czasu spędzamy ku radości Łucji na placach zabaw albo w Te Papa[jeśli pada]. A place zabaw są tu przefajne. Nie ma ograniczeń jeśli chodzi o wysokość zjeżdżalni. Jest tu dużo więcej sprzętów, które rozwijają siłę rąk[wszelkie szczebelki, pajęczyny, różne uchwyty dziwne do przejazdów na linie, albo megamaster- muscle master, czyli taki rotorek zawieszony na wysokości 2 metrów, więc żeby go przesuwać trzeba utrzymać ciężar własnego ciałka i pedałować łapkami]. Rodzice są tu bardziej wyluzowani niż w Polsce. Dzieciaki skaczą po wszystkich tych cudach jak małpki, no fear. Łucja zaczęła już wchodzić na drzewa, dziś przeszła po mostku z lin, jakieś pół metra nad moją głową. No i jeszcze dodam, że mamy sporo takich miejsc wokół, a deszcz nam nie przeszkadza, bo zwykle wiatr przesusza zjeżdżalnie w 5min:) Dziś wieczorem wybraliśmy się na boisko, żeby pobiegać, porzucać poskakać. Bieganie fajna sprawa, może ciągły widok biegających ludków tak na mnie wpływa ale dziś była to przyjemność. Jeśli chodzi o frisby to trudno jest tu grać, bo wiatr je zwiewa w nieprzewidziane strony. Skakanie na skakance może się udać,ale tylko w szybkim tempie i przy odpowiednim ustawieniu w stosunku do wiatru, najlepiej z wiatrem, nigdy boczkiem. Aha i jeszcze Łucja nauczyła się robić fikołki na trawie, więc mamy zabawę.
Zdjęcia dorzucę jutro, bo nie wiedzieć czemu jakoś zniknęły, choć je załadowałam...buziaki for all
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz