Po sporych kłopotach komputerowych powoli nasza łączność ze światem poprawia się. Nasze komputery postanowiły zastrajkować niedawno. W moim popsuła się ładowarka i mimo, że Mariusz zlutował mi ją i posklejał, dalej protestowała. Bartek zamówił wczoraj nową, powinna byś za kilka dni. Z kolei Bartkowy komputer miewa stany bez obrazu i ni to bateria się psuje,takie różne.
W nocy z 14/15lutego rozpoczęła się nowa edycja wizy working holidays, w której chciałam wziąć udział. Jakoś nie widać póki co, żeby Bartek dostał stałą pracę. Chodzi na rozmowy ale wszystko tutaj trwa chwilkę, a ja chciałabym też już pracować. Nie tylko jako opiekunka:)A dopóki Bartek nie podpisze umowy na okres dłuższy niż 6miesięcy, ja nie mam pozwolenia na pracę. Dlatego próbuję z innej strony.Dla Polaków mają tutaj 100miejsc rocznie a zainteresowanie wzrasta z roku na rok, w związku z czym trzeba się spieszyć z aplikacją. Tak się zdarza, że życie płata nam psikusy w najmniej oczekiwanych momentach. No i oczywiście jak już przygotowałam wszystkie dokumenty i zaczęłam się logować do systemu, laptop zastrajkował, Bartkowy się włączał ale nic nie było widać. Nie wiedzieć czemu poczułam lekki ścisk w żołądku i przypomniało mi się, jak musiałam wstawać o 4nad ranem w Jackson Hole, żeby zadzwonić do dziekana B i przełożyć termin examinu.[Przy tym wspomnieniu ściskam i pozdrawiam gorąco wszystkie kochane dziewczynki ze sztabu ratunkowego, które mi wtedy pomogły:*:*:* Mój kochany mąż zjadł kolację, ja spakowałam mu dokumenty i popędził w dół ulicy do Mariusza i Basi po "kilo" laptopa;p Nie muszę dodawać, że zdolności B zdobyte w Capie nie poszły na marne. Wklepał wszystkie dane, zaaplikował za mnie i wrócił do domu. A wszystko to działo się o północy.No i udało się. Teraz muszę jeszcze zrobić badania medyczne i rtg klatki piersiowej i odesłać to w odpowiednie miejsce, wtedy zapadnie decyzja czy dostanę taką wizę czy nie. Jak zwykle prosto być nie może. Szkopuł tkwi tym razem w tym, że na żadną z tych wiz nie można zabrać dziecka. Nowa wiza turystyczna Łucji jest ważna do 18maja. Taka młoda z niej turystka po prostu.
Dziś rano byłam z dziewczynkami na playgroup w wadestown, kilka dzielnic dalej. To takie spotkania dla dzieciaków i rodziców. Kilka mam skrzyknęło się i wynajęły dawną świetlicę czy przedszkole i organizują tam właśnie playgroup. Jest mnóstwo zabawek, zarówno w budynku, jak i na podwórku. Plac zabaw, piaskownica, stoły z pojemnikami na wodę, którą dzieciaki przelewają jak im się tylko podoba. Do tego materace i trampoliny do skakania, stół pełen kredek, wycinanek i zabaw artystycznych, sztalugi z kartkami i farby, także jest w czym wybierać. Poza tym jest też morning tea dla małych i dla dużych. Dziś akurat pogoda była piękna. Poznałam kilka mam, porozmawiałam trochę, bo na co dzień tylko z sąsiadami rozmawiam po angielsku. Dopiero przy którejś pogawędce zdałam sobie sprawę, że trochę z nas krejzole. Jedna babeczka zapytała czy przyjechaliśmy tutaj nie znając nikogo, no i to mnie olśniło. Jest naprawdę dobrze, jak na taką wyprawę. Mamy tu już trochę znajomych, głównie Polaków i kiwuskich sąsiadów. Zaskakujące jest to, jak wiele osób kojarzy Polskę i większość ludzi, z którymi romawiam zna jakiś Polaków, albo ma w ich w rodzinie.
Ostatnie sobotnie przedpołudnie spędziliśmy w domu Moniki, Adama i małej Zoli.Poznałam dziewczyny nie gdzie indziej jak na placu zabaw. Pisałam już chyba o Monice pielęgniarce. To bardzo kochani ludzie. Przyjechali po nas, nakarmili pierogami ruskimi na sposób wellingtoński ze śmietaną i sosem sweet chili. My zawieźliśmy im świeży chlebek, upieczony o poranku i było bardzo polsko. Monika opowiadała nam nieco o swoich podróżach. Była w USA, Dani, Anglii i w Afryce, potem przyjechała na roczny kontrakt do NZ i poznała Adama. Są już razem 5lat, mają 16miesięczną córeczkę i spodziewają się kolejnego członka rodziny za pół roku. Adam jest Polskim Kiwusem. Jego tata przypłynął tu jako dziecko na statku Pahiatua .Wcześniej przebywał w obozie na Syberii. Mama natomiast przyjechała tu w wieku 20lat i kolejne 15 musiała czekać, żeby zobaczyć Polskę. Adam z tatą zredagowali książkę o losach tych dzieci .http://www.poczytaj.pl/31730. Zamierzamy zaopatrzyć się w jeden egzemplarz kiedyś.
A tymczasem kilka fotek jeszcze z rozpakowywania w naszym kątku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz