czwartek, 10 lutego 2011

mała Łucja, duża Łucja

Taki szybki post. Ciągle, ciągle coś się zmienia, jakby oświeciło mnie, że życie tutaj to taki proces. I chyba jestem bardziej uważna na końcu świata. Czas płynie raczej utartym rytmem, zwłaszcza, że mamy już jako takie stałe zajęcia. Dobra dobra nowina.Mieszkamy już od niedzieli w małym mieszkanku na górce. To taki unit tutejszy w domku, dwuunitowym. Nasi sąsiedzi są bardzo mili, mieszkają nad nami, to Tim i Anna. Niestety za dwa tygodnie przeprowadzają się. Mają kota i mały zielny ogródek z krzakami bazylii, majeranku, rozmarynu i innych pyszności:)
Nasze mieszkanko jest niewielkie, mniejsze niż w Krakowie. Wchodzi się przez maleńki korytarz do salonu, ten połączony jest z kuchnią, oczywiście równie maleńką. Mamo nie masz małej kuchni, uwierz mi:*
Poza tym jest jeszcze łazienka, dość duża, z wanną i prysznicem, ale prysznic jest wbudowany w ścianę i trudno się tam umyć. Przy umywalkach w kuchni i łazience są dwa krany, na ciepłą i zimną wodę, jest to dość uciążliwe zwłaszcza przy myciu naczyń albo zębów, bo trzeba uważać,żeby się nie poparzyć. A najmniejsza część to sypialnia. Wrzuciliśmy do niej nasze dwa materace, ale póki co nie mamy do nich stelaży. W Krakowie materac na podłodze nie był  problemem, ale tutaj obawiamy się wszechobecnej wilgoci. W związku z tym zastosowaliśmy trik i rozłożyliśmy na podłodze tarpę z namiotu, na top materace i jakoś działa póki co, taka mała izolacja..Niewiarygodna jest jakość, albo raczej brak jakości tutejszych domów. Tyle tylko, że jakoś nie widać, żeby ludziom to przeszkadzało. Trochę się martwimy, bo podpisaliśmy umowę na rok, a w listopadzie musimy polecieć do Polski, żeby nam bilety nie przepadły. Bartek chyba od razu zostałby w Polsce, ale ja jakoś nie potrafię się pogodzić  tym, żeby tak szybko się poddać?Trzyma mnie tu myśl o wycieczce po obu wyspach na koniec naszego pobytu tutaj. Takie małe marzenie. Być może trochę idealizujemy sobie teraz Polskę, bo z daleka wygląda to wszystko inaczej.
Tak z innej beczki, poznałam ostatnio kolejną Polkę tutaj z małą córeczką Zolą. Monika jest tu od 5lat, jej mąż jest Polakiem urodzonym tutaj. Monika jest pielęgniarką i pracuje w tutejszym szpitalu, ma wypytać o możliwość pracy dla mnie. Może potrzebują physio assistanta, bo póki co nie stać mnie na rejestrację w tutejszym towarzystwie fizjoterapii. Niemniej jednak Monika namawia mnie, żebym próbowała, bo potrzebują tutaj fizjoterapeutów. Tutejsi zaraz po studiach wyjeżdżają do Europy albo do Stanów, żeby zobaczyć kawałek świata i zdobyć doświadczenie. Wracają koło 35-40 kiedy zakładają rodziny. Brzmi dość znajomo..pokręcony jest ten świat jednak, albo ludzie zawsze chcą spróbować czegoś innego. Ja w każdym razie muszę poczekać na pozwolenie na pracę, być może aplikuję w tym tygodniu na wizę work&travel. Pozwoli mi to podjąć pracę u jednego pracodawcy na maxymalnie 3miesiące, zobaczymy. Jak na razie zajmuję się małą Łucją Basi i Mariusza. Taka praca powinna wystarczyć na czynsz, więc jest dobrym rozwiązaniem na ten czas oczekiwania. Przecież i tak siedzę z Mudzią, tzn z Mudzią się szwędałam ile się dało, teraz jestem trochę bardziej uziemiona, ale powtarzam sobie, że to tymczasowo tylko.
Postaram się wieczorem wrzucić kilka fotek z nowego lokum. Widoki są naprawdę miłe dla oka. Chociaż przez pierwsze kilka  dni padał deszcz i czuliśmy się jakbyśmy mieszkali w chmurach, we mgle, ale lubię wieczorny i nocny widok z okien. A do tego ciągle słychać cykady i czasem wlatują nam do domku, tego nie lubię..
p.s. piszcie do nas piszcie, bo tęsknimy;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz