poniedziałek, 18 kwietnia 2011

Życie niesie nas na swoim grzbiecie. Po drodze mijamy różne statki, stateczki, żaglowce i łódeczki. Co jakiś czas wyskakują z wody morskie stwory, jedne piękne inne straszne. Czasem majaczy w oddali płetwa rekina i czujmy grozę, ale płyniemy dalej i jakoś udaje nam się przepłynąć bezpiecznie i wspominać chwile grozy przy wieczornej herbacie z rumem..takie życie. Taka metafora. Bo dziś świeci słońce. Siedzę w słonecznej plamie w naszym korytarzu czyli prawie w pokoju i mam w głowie dobre myśli.
Brakowało ich ostatnio. Niby nie ma się co martwić sprawami, na które nie mamy wpływu, 90%problemów rozwiązuje się same, ale my zawsze jakoś chcemy kontrolować, a nie zawsze się da. Może czasem trzeba się życiu dać ponieść i płynąć i radzić sobie z tym co nas spotyka. Taką mam wizję naszego życia tutaj chwilowo..pewnie zmieni się za jakiś czas. Hm czas wszystko zmienia..
B rozpoczął wczoraj ostatni tydzień pracy dla straży. Ja skończyłam w piątek opiekę nad dzieciakami.W sobotę przeżyłam swój pierwszy dzień pracy w studio masażu u Filipińczyków Mohana i Cecyli. Na razie na miesiąc z możliwością przyszłej współpracy:) Łucja już nie płacze w przedszkolu, a za tydzień pozna nowe przedszkole i nowe dzieci. Znaleźliśmy opcję na 3dni w tygodniu po 6-8h, tak żeby pasowało nam z godzinami pracy. Powinno być ok. Łucja powtarza już sporo angielskich zwrotów, czyta nam nawet książki po angielsku i podśpiewuje sobie jakieś angielsko brzmiące dźwięki. A czytanie brzmi mniej więcej tak"..seven eight tonight...and wash and tonight seven eight..". Dla nas bardzo rozczulające wydarzenie, no i duma nas rozpiera, że tak szybko się uczy;D
Nie wszyscy jeszcze wiedzą, choć nasza nieodparta chęć dzielenia się nowinami nie pozwoliła nam uniknąć przecieków..Spodziewamy się kolejnego dzieciaczka:)
Ciekawa sprawa, bo terminy dokładnie zgadzają się z tym sprzed czterech lat..Cieszymy się, bo pora już ta, nie jesteśmy jeszcze przekonani co do miejsca i okoliczności mieszkaniowych, ale wierzymy, że wszystko się ułoży i damy radę. Łucja też bardzo się cieszy. Mówi mi czasem, że mam już duży brzuch i chyba tam są jednak dwa koty a nie jeden. [wcale nie ma brzucha bo to co najwyżej 5tydzień, ale wyobraźnia działa]. Myślimy ciągle czy tu czy tam i straszne są to męczarnie dla głowy. Póki co sprawdzimy nową pracę B, zobaczymy jak się będzie udawać z moim masażem i coś wymyślimy.
Nie jest łatwo nie wiedzieć co dalej, ale przecież nikt nie wie. Tyle tylko, że jak się jest u siebie można być bardziej pewnym. Cokolwiek,,w każdym razie czuję się czasem jak w eksperymencie życiowym..może to jest po prostu dorosłe życie, a może to kwestia odległości, a może półkuli..tęsknimy za znanym i oswojonym..
W niedzielę trochę się podłamałam, bo wietrzyliśmy materace i okazało się, ze jeden ma mokrą plamę i kropeczki pleśni jakby..na szczęście świeciło słońce i wygrzało te miejsca, ale musimy kupić stelaże pod nasze materace, bo chyba też od spania na podłodze pokasłujemy co rano..
Ale dziś była u mnie Monika, człowiek oaza spokoju. Zajmie się Łucja w tym tygodniu, bo przedszkole zaczynamy za dwa tygodnie. Poza tym być może uda się za kilka miesięcy wynająć domek od jej bratowej, tuż obok Moniki, która rodzi w sierpniu..a w tym domku jest kominek czyli ciepełko na życzenie i nie trzeba się do niego wspinać. Da się dojechać rowerem do centrum stamtąd..piszę piszę, ale to tylko nasza rozmowa poranna przy kubku mięty. Jeszcze nic pewnego. Jednak sama świadomość, że są ludzie gotowi pomóc poprawia samopoczucie..
Teraz jeszcze kilka zdjęć różnotematycznych i czas na bajkę dla Łucji:)




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz